Punkt 21. Kolejny ból głowy. Kolejny dołek egzystencjalny. I trwająca burza hormonów.
Kto by pomyślał, że niedoczynność tarczycy może mieć takie skutki? 17 maja kolejna wizyta u endokrynologa. Może tym razem przepisze mi jakieś skuteczne leki na to draństwo. I tak jest nieco lepiej po odstawieniu tamtych. Budzę się normalny, nie taki przymulony jakby ktoś mi zwalił na łeb kowadło.
Pocieszam się wypowiedziami ludzi w internecie, którzy też cierpią na niedoczynność. Przyznam szczerze, że raźniej mi gdy czytam iż nie tylko ja przechodzę przez takie piekło. Depresja, stany lękowe. A wczoraj kolejny atak paniki zakończony u lekarza. Wyniki badan oczywiście w normie. Serce ok. Wszystko ok.
Aby pójść spać.
Staram się trzymać, ale nie jest łatwo.
Więcej słońca.
I ... więcej sił żeby żyć. Więcej.
A 28 - ten czwartek zapowiada się koncercik Piotra Roguckiego na Solowej trasie. Ciekawe jak to wypadnie.
wtorek, 26 kwietnia 2011
czwartek, 21 kwietnia 2011
Tak oto mija kolejny, słoneczny dzień. Ja w domu. Zbieram się by pójść z psami na spacer. Sam. Wiem, że dam radę pójść sam. I pójdę.
To tylko hormony.
Swoją drogą wczoraj miałem rozmowę z endokrynologiem - gdyż na tydzień kazał mi odstawić leki na tarczycę (bo źle się po nich czułem) i zatelefonować po 7 dniach. Tak więc zrobiłem i wyszło na moje - Euthyrox N25 mi szkodził. Kolejna wizyta u endo dopiero w połowie maja i do tego czasu nie będę brał żadnych leków. Eh.
Mimo wszystko staram się być dobrych myśli. Wierzę, że jak zaczną się te hormony regulować to wyjdę z tego bagna. Już jest trochę lepiej. Muszę się trzymać, bo jak nie ja, to kto? Muszę sobie sam pomóc.
To tylko hormony.
Swoją drogą wczoraj miałem rozmowę z endokrynologiem - gdyż na tydzień kazał mi odstawić leki na tarczycę (bo źle się po nich czułem) i zatelefonować po 7 dniach. Tak więc zrobiłem i wyszło na moje - Euthyrox N25 mi szkodził. Kolejna wizyta u endo dopiero w połowie maja i do tego czasu nie będę brał żadnych leków. Eh.
Mimo wszystko staram się być dobrych myśli. Wierzę, że jak zaczną się te hormony regulować to wyjdę z tego bagna. Już jest trochę lepiej. Muszę się trzymać, bo jak nie ja, to kto? Muszę sobie sam pomóc.
poniedziałek, 18 kwietnia 2011
Znowu bloga zaniedbałem do granic możliwości. Jednakże mój brak chęci do czegokolwiek wziął górę. Życie 1 stycznia przewróciło mi się do góry nogami o 180 stopni. Korzyść z tego taka, że w końcu po 6-7 latach zdiagnozowano mi KONKRETNIE niedoczynność tarczycy. No i ta właśnie choroba stała się moim przekleństwem. Choć z drugiej strony tłumaczy to wszystko co do tej pory "ze mną się działo". Depresja, nerwowość, złe samo poczucie, zniechęcenie itp. itd. Widać 6 (bądź 7) lat to nieleczone draństwo niekorzystnie wpłynęło na mój układ nerwowy.
A zatem wracając do pierwszego stycznia. Sylwester był bardzo przyjemnie spędzony, dobre żarełko, dobry alkohol, dobre filmy i miłe towarzystwo. Jednak początek stycznia .... Dzień zaczął się dobrze. Na tyle dobrze, że powiedziałem iż "czuję podskórnie, że będzie to zajebisty rok". Wkrótce po tych słowach siedząc przy filmie zaczął się u mnie atak paniki - skończyło się to na wezwaniu pogotowia i zabraniu mnie do szpitala. Myślałem, że czas umierać. Jednak w szpitalu powiedzieli, że wszystko ze mną ok. Lekkie kołatanie serca. A ogólnie wszystko w normie. Na drugi dzień musiałem dojść do siebie. Nie wychodziło mi to do końca bo wracały takie małe ataki (nie na tyle silne by lecieć do lekarza). Neospasmina wtedy spisywała się na medal. Nie poddawałem sie jednak. I starałem się walczyć z tym ciągłym niepokojem jaki we mnie siedział. Jeździłem po siostrzenice. Lekarz rodzinna jak się dowiedziała o mojej panice, zaleciła jeszcze raz badanie TSH (tarczycy) i zaleciła by udać się do endokrynologa. Tak też zrobiłem i wtedy właśnie W KOŃCU mi powiedziano, że to NA PEWNO niedoczynność tarczycy i moje paniki, histerie i temu podobne są właśnie spowodowane tym shit'em. Minęły 4 miesiące, a nie wiele się zmieniło. Ale to wina tego, że leki, które dostałem źle na mnie działały i nie wiele wpłynęły na poziom mojego TSH. Nadal mam stany lękowe. Momentami takie, że nie mogę sam wyjść z domu. Jednak mimo to staram się jakoś pozytywnie myśleć, choć przyznam szczerze, że nie jest to takie proste. Zwłaszcza kiedy jeszcze sytuacja życiowa jest nie ciekawa, brak pracy, szkoły, potrzebnych papierów... same blokady z każdej strony na wszystko. Ciężko dostrzec jakieś perspektywy. Chyba nigdy nie byłem w takim dołku jak obecnie. Wszędzie widzę samą śmierć, nic nie ma sensu, nie mam chęci. Jestem zrezygnowany na wszystko. Mam nadzieję, że jak dostanę nowe leki na tarczycę - to stan zacznie się poprawiać.
Mam tyle planów, które chciał bym wprowadzić w życie. Szkoła filmowa... i potem z tą dziedziną związane życie. Niestety by hormony się uregulowały trzeba dużo czasu. Choć to zależy. Ale z lekami na tą przypadłość nie jest jak z lekami na grypę. Nie działa to w 2-3 tygodnie. Trzeba cierpliwości i wiary, że będzie dobrze i faktycznie jest ta nadzieja na lepsze życie.
Na życie bez lęków, bez depresji z chęcią do wstania z łóżka i wyjścia z domu by przejść się w tym cudownym słońcu, które działa pozytywnie na człowieka.
Kto by pomyślał, że można tak się czuć przez hormony? Okazuje się, że odpowiadają one za NA PRAWDĘ WSZYSTKO. Twoje samopoczucie, Twój nastrój itp. itd.
Czytałem różne fora i nie tylko ja zmagam się z takimi objawami niedoczynności tarczycy. Także UFF nie jest to choroba psychiczna, ani żadna pierdolona schizofrenia.
Tylko kiedy będę mógł zacząć normalnie żyć? Ehh...
"to nie może trwać wiecznie".
A zatem wracając do pierwszego stycznia. Sylwester był bardzo przyjemnie spędzony, dobre żarełko, dobry alkohol, dobre filmy i miłe towarzystwo. Jednak początek stycznia .... Dzień zaczął się dobrze. Na tyle dobrze, że powiedziałem iż "czuję podskórnie, że będzie to zajebisty rok". Wkrótce po tych słowach siedząc przy filmie zaczął się u mnie atak paniki - skończyło się to na wezwaniu pogotowia i zabraniu mnie do szpitala. Myślałem, że czas umierać. Jednak w szpitalu powiedzieli, że wszystko ze mną ok. Lekkie kołatanie serca. A ogólnie wszystko w normie. Na drugi dzień musiałem dojść do siebie. Nie wychodziło mi to do końca bo wracały takie małe ataki (nie na tyle silne by lecieć do lekarza). Neospasmina wtedy spisywała się na medal. Nie poddawałem sie jednak. I starałem się walczyć z tym ciągłym niepokojem jaki we mnie siedział. Jeździłem po siostrzenice. Lekarz rodzinna jak się dowiedziała o mojej panice, zaleciła jeszcze raz badanie TSH (tarczycy) i zaleciła by udać się do endokrynologa. Tak też zrobiłem i wtedy właśnie W KOŃCU mi powiedziano, że to NA PEWNO niedoczynność tarczycy i moje paniki, histerie i temu podobne są właśnie spowodowane tym shit'em. Minęły 4 miesiące, a nie wiele się zmieniło. Ale to wina tego, że leki, które dostałem źle na mnie działały i nie wiele wpłynęły na poziom mojego TSH. Nadal mam stany lękowe. Momentami takie, że nie mogę sam wyjść z domu. Jednak mimo to staram się jakoś pozytywnie myśleć, choć przyznam szczerze, że nie jest to takie proste. Zwłaszcza kiedy jeszcze sytuacja życiowa jest nie ciekawa, brak pracy, szkoły, potrzebnych papierów... same blokady z każdej strony na wszystko. Ciężko dostrzec jakieś perspektywy. Chyba nigdy nie byłem w takim dołku jak obecnie. Wszędzie widzę samą śmierć, nic nie ma sensu, nie mam chęci. Jestem zrezygnowany na wszystko. Mam nadzieję, że jak dostanę nowe leki na tarczycę - to stan zacznie się poprawiać.
Mam tyle planów, które chciał bym wprowadzić w życie. Szkoła filmowa... i potem z tą dziedziną związane życie. Niestety by hormony się uregulowały trzeba dużo czasu. Choć to zależy. Ale z lekami na tą przypadłość nie jest jak z lekami na grypę. Nie działa to w 2-3 tygodnie. Trzeba cierpliwości i wiary, że będzie dobrze i faktycznie jest ta nadzieja na lepsze życie.
Na życie bez lęków, bez depresji z chęcią do wstania z łóżka i wyjścia z domu by przejść się w tym cudownym słońcu, które działa pozytywnie na człowieka.
Kto by pomyślał, że można tak się czuć przez hormony? Okazuje się, że odpowiadają one za NA PRAWDĘ WSZYSTKO. Twoje samopoczucie, Twój nastrój itp. itd.
Czytałem różne fora i nie tylko ja zmagam się z takimi objawami niedoczynności tarczycy. Także UFF nie jest to choroba psychiczna, ani żadna pierdolona schizofrenia.
Tylko kiedy będę mógł zacząć normalnie żyć? Ehh...
"to nie może trwać wiecznie".
czwartek, 3 lutego 2011
Dawno nie było żadnego wpisu. Przyczyną był brak weny do pisania czegokolwiek i gdziekolwiek, i na jakikolwiek temat. Dalej sobie trwam i staram się nie poddawać i walczyć z samym sobą o siebie. Czuję podskórnie, że to będzie dobry rok, a na pewno lepszy niż ten zeszły. Człowiek już przez samo to czuje się lżej, że 2010 ma się już za sobą. Z tego co wiem był to rok ciężki dla wszystkich. Dlatego właśnie cieszy mnie fakt, że każdy ma to już za plecami - włącznie ze mną. Ale by też tak pięknie nie było rok pięknie się nie zaczął. Ale szkoda na to czasu by opowiadać całą tą historię. Staram się to wymazać z pamięci i iść dalej.
Dobra wiadomość jest taka, że w końcu po 6 latach diagnoz wiem, że na 100% cierpiałem na niedoczynność tarczycy. Leczenie już rozpoczęte, dzisiaj akurat mija okrągły i tłusty tydzień na lekach. Parę spraw się pokomplikowało, ale czas pokaże jak się wszystko potoczy. Jak to pięknie ktoś wczoraj powiedział, rozmawiając ze mną "muszę przez to przejść po prostu, nie może trwać wiecznie". Myślę, że i tak jest w tym przypadku. Trzeba przez to przejść, wziąć to jako kolejne doświadczenie, wyciągnąć wnioski i nauczyć się z tego czegoś. Będzie dobrze, musi być.
Moje muzyczne odkrycie tego roku (choć rok się ledwo co rozpoczął :P) to Serj Tankian w wersji symfonicznej. Odkąd w telewizji zaczęto puszczać jego teledyski z solowego projektu, pamiętam, że nie darzyłem jego twórczości jakąkolwiek sympatią. Natomiast w tym roku odwróciło mi się wszystko o 180 stopni. Co w moim przypadku jest dość standardowe. Przez jakiś czas, coś mi się nie podoba, a po dłuższym, bądź krótszym czasie się w tym zakochuję i nie mogę przestać słuchać, czy oglądać. Jak widać z czasem gust się zmienia :) Albo może do niektórych rzeczy trzeba dojrzeć? Przeżyć coś, co umożliwi lepszy odbiór? Nie wiem.
Moja mantra: wszystko będzie dobrze.
Dobra wiadomość jest taka, że w końcu po 6 latach diagnoz wiem, że na 100% cierpiałem na niedoczynność tarczycy. Leczenie już rozpoczęte, dzisiaj akurat mija okrągły i tłusty tydzień na lekach. Parę spraw się pokomplikowało, ale czas pokaże jak się wszystko potoczy. Jak to pięknie ktoś wczoraj powiedział, rozmawiając ze mną "muszę przez to przejść po prostu, nie może trwać wiecznie". Myślę, że i tak jest w tym przypadku. Trzeba przez to przejść, wziąć to jako kolejne doświadczenie, wyciągnąć wnioski i nauczyć się z tego czegoś. Będzie dobrze, musi być.
Moje muzyczne odkrycie tego roku (choć rok się ledwo co rozpoczął :P) to Serj Tankian w wersji symfonicznej. Odkąd w telewizji zaczęto puszczać jego teledyski z solowego projektu, pamiętam, że nie darzyłem jego twórczości jakąkolwiek sympatią. Natomiast w tym roku odwróciło mi się wszystko o 180 stopni. Co w moim przypadku jest dość standardowe. Przez jakiś czas, coś mi się nie podoba, a po dłuższym, bądź krótszym czasie się w tym zakochuję i nie mogę przestać słuchać, czy oglądać. Jak widać z czasem gust się zmienia :) Albo może do niektórych rzeczy trzeba dojrzeć? Przeżyć coś, co umożliwi lepszy odbiór? Nie wiem.
Moja mantra: wszystko będzie dobrze.
piątek, 26 listopada 2010
godzina druga, nie ma dokąd iść. i z uradowaną buzią muszę powiedzieć 17200! Skończone. Tyle ulotek, tyle numerów! Dumnie szykuję się do spania. Dwa tygodnie (dokładnie 14 dni!) ciężkiej pracy.
Dwa tygodnie uwolnione od rozdygotanych myśli, które są różnego gatunku.
Teraz pora na relaks. I spokojny w końcu sen.
Amen.
Dwa tygodnie uwolnione od rozdygotanych myśli, które są różnego gatunku.
Teraz pora na relaks. I spokojny w końcu sen.
Amen.
piątek, 5 listopada 2010
Doping.
"Oda do sutka"
Sutku mój, drogi sutku.
Nie odchodź, bo polegnę w głębokim smutku.
Gdy ciało Cię odrzuci
to co było, już nigdy nie wróci.
Nie zostawiaj swojego prawego kolegi,
bo to smętne będą czasy dla tego lebiegi.
Choć świat nabrał kształtu płaskiego,
to wiele jeszcze możemy przeżyć razem, mój drogi kolego!
Sutku mój, drogi sutku.
Nie odchodź, bo polegnę w głębokim smutku.
Gdy ciało Cię odrzuci
to co było, już nigdy nie wróci.
Nie zostawiaj swojego prawego kolegi,
bo to smętne będą czasy dla tego lebiegi.
Choć świat nabrał kształtu płaskiego,
to wiele jeszcze możemy przeżyć razem, mój drogi kolego!
piątek, 29 października 2010
Wróciłem wczoraj :-) cały i zdrowy i w na prawdę świetnej kondycji, jak widać dzisiaj mogę już siedzieć przy komputerze :-) Praktycznie nic nie boli (jak na razie :P). Da się znieść stan obecny. Szczęśliwy jestem jak cholera :-) Jest zajebiście.
No dobra, myślę, że na razie tyle, bo ręce mnie bolą nieco i nie mogę zbyt wiele napisać. Żyję, jestem cały i jest super :-)
No dobra, myślę, że na razie tyle, bo ręce mnie bolą nieco i nie mogę zbyt wiele napisać. Żyję, jestem cały i jest super :-)
Subskrybuj:
Posty (Atom)